40 i co dalej... | Wyzwania

Czego uczy urlop na jachcie?

23. sierpnia 2018

Jesteście ciekawi czego można nauczyć się spędzając urlop na jachcie? Jako pasażer, jako rodzina… wprawni żeglarze już to wiedzą. No a co mnie zaskoczyło? Zapraszam do wpisu.


Jak wiecie w tym roku spędziliśmy nasz pierwszy rodzinny urlop na jachcie, żeglując na morzu. Wpis przedwyjazdowy znajdziecie TU, a pierwsze wrażenia moje i dzieci przeczytacie TU. Poza oczywistą rzeczą, jaką jest doskonalenie technik i umiejętności żeglowania jest też kilka rzeczy, których można się nauczyć. Te od razu przyszły mi do głowy podczas naszych 8 dni spędzonych na żaglówce:

Porządku:

Na łódce nie ma tyle miejsca (jaką mieliśmy żaglówkę i wszystkie praktyczne informacje dotyczące charterowania jachtu w Holandii znajdziecie w osobnym wpisie), więc wszystko czego używasz musisz od razu schować na miejsce, zaraz po skończeniu używania, tak żeby można się było swobodnie poruszać. Jak dzieci grały w jedną grę i chciały inną, musiały najpierw posprzątać tą pierwszą. Jak gotowaliśmy obiad, wszystko było od razu po zjedzeniu umyte i posprzątane itd. Inna sprawa, że jak wypływasz w morze, to wszystko musi być zabezpieczone. Gdy jachtem buja lub jest przechył na jedną stronę, to co nie schowane zwyczajnie lata na wszystkie strony.

Dyscypliny:

Oprócz porządku, o którym pisałam przed chwilą również korzystanie z toalety wymagało pewnej dyscypliny. Co prawda mieliśmy toaletę, z której możnabyło korzystać, niemniej jednak zasada była taka, że tylko w nagłym wypadku (siusiu), natomiast duża sprawa tylko w portowej toalecie. Tego się trochę obawiałam, jak dziewczynki sobie z tym poradzą… i wiecie co? Wspaniale! Wręcz się domagały, żeby iść do portu na toaletę. Kiedy było już bardzo późno i jednej czy drugiej chciało się siusiu, nie chciały robić na jachcie. Czasem się jednak zdarzyło, że musiały i najważniejsze w tym wszystkim było, żeby nie wrzucać papieru toaletowego do muszli. To było absolutnie priorytetowe. Bałam się, że któraś się zapomni, więc zawsze im pomagałam. Moje obawy były zupełnie niepotrzebne. Jak jedna tak i druga (4latka i 7latka) pilnowały się i papier lądował w worku. O myciu rąk też nie musiałam przypominać

Zespołowej pracy:

Tu wszyscy jesteśmy jeden team. Każdy ma swoje zadania, w przypadku dzieci odpowiednio do wieku oczywiście. Nie ma tak, że jeden robi wszystko, a reszta leży. I wiecie co… w naszym przypadku to było tak naturalne i bez zbędnych słów, że aż się cieszyłam. Dzieci chętnie pomagały sprzątać po posiłkach. Julia starsza wręcz się rwała do mycia naczyń, młodsza chowała je do szafek i to sprawiało jej frajdę. Jeżeli jedna osoba dorsoła przygotowywała posiłek, druga bez proszenia sprzątała po. Jak przygotowywaliśmy się do opuszczenia portu, każdy miał swoje zadanie: najmłodsza ubrać kapok i nie przeszkadzać, starsza ubrać kapok i sprawdzić czy wszystkie szafki zakmnięte, mąż kapitan za nawigację i plan działania, a ja za liny. Nie było pytań: dlaczego ja?

Oszczędności:

Mając świadomość ile litrów wody pitnej jest w zbiorniku korzystaliśmy z niej dużo świadomiej np. myjąc naczynia. Co prawda będąc w porcie, mogliśmy dolewać wodę do zbiornika do woli, ale właśnie ta świadomość liczby litrów robiła swoje. Nie puszczaliśmy wody w zlewie na „full” w trakcie szorowania garów (można też było umyć je w porcie, w specjalnie to tego celu przeznaczonym pomieszczeniu, ale nie mieliśmy żadnego wiaderka, ani michy, żeby z tymi naczyniami tam biegać), myjąc zęby też nie puszczaliśmy ciągle wody z kranu. Jeżeli została woda w czajniku, która nie była już potrzebna, używaliśmy jej do mycia naczyń itp. itd.

Opanowania:

W trakcie rejsu nie ma miejsca na panikę, histerię czy płacz. Jak coś idzie nie po twojej myśli musisz natychmiast być zwarty i opanowany. Ok wiadomo, że utrata opanowania nigdzie nie pomaga, czy na lądzie, w sklepie, czy w pracy… ale jak jesteś na morzu, czy to przepływasz przez śluzę czy też cumujesz nie masz tego komfortu czasowego, że opanujesz się za chwilę. Musisz być tu i teraz gotowy i skupiony, choć w środku się gotujesz. Cudowne doświadczenie, opanowanie tej umiejętności może być w życiu niesamowicie przydatne. Zwłaszcza dla takiego nerwusa jak ja, która często najpierw zrobi, wybuchnie, a potem się uspokoi.

Czego się najmniej spodziewałam?

Takich zakwasów już po drugim dniu! Serio, tak mnie nogi bolały od 3 dnia, że ledwo po schodach chodziłam 😀 To świadczy tylko o tym, że :
A. nie doceniłam wysiłku fizycznego,
B. za mało jeszcze uprawiam sportów na codzień.

Inna sprawa, to z jaką prędkością pająki tkają pajęczyny… w ciągu dnia ich nie widać, wyłażą nocami w porcie i biorą się za robotę... następnego dnia na łódce jest już kilka pajęczyn (nie w środku). W samym porcie oczywiście jest ich cała masa w różnych miejscach. Przechadzając się po zmroku pomostem, w świetle latarni można obserwować, jak na jednej pajęczynie pracowicie działa z 15-30 tkaczy. Mam obrzydzenie do tych stworzeń, dlatego też nie zrobiłam żadnego zdjęcia, ale było to z drugiej strony też fascynujące… nie, nie uciekałam w popłochu 😉 Dzieci też nie, chociaż jak pajęczyna opanowała huśtawkę, trzeba ją było ratować 😉


Jestem przekonana, że podczas każdego takiego urlopu, weekendu i rejsu będę uczyć się nowych rzeczy. Ciekawa jestem zdania innych żeglujących. Co Wam daje żeglowanie, oprócz oczywście doskonalenia samej umiejętności żeglowania?


buziaki

Olgietta

  1. OMG, przestraszyłaś mnie trochę tymi pająkami, brrrr! Boję się tych stworzeń jak cholera.. 😉 Ale i tak chciałabym spróbować żagli!

    1. ja też się boje pająków, nie cierpię… ale jakoś tam paniki nie miałam 🙂 one były sobie obok i dopóki żaden do środka na dół nam nie zawędrował, było wszystko ok… a żadnego w kajucie nie było na szczęście 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close