40 i co dalej... | Różności

2000km, czerwony byk w żyłach i czekam na mandat… czyli See Bloggers 2019

21. czerwca 2019

W czwartek 6. czerwca po pracy wsiadłam w auto i ruszyłam w kierunku Polski autostradą A2, przede mną było 980 kilometrów. Kiedyś nie zastanawiałabym się nad tą odległością, wstałabym w piątek o 3 czy 4 w nocy i przejechała tę trasę na raz.

Jednak zmęczenie szybciej już przychodzi niż kiedyś, tym bardziej, że nie miałam czasu na odpoczynek przed taką trasą. Poza tym spodziewałam się w piątek dużego ruchu na drogach, ponieważ w Niemczech zaczynał się długi weekend. To był weekend Zielonych Świątków, a w Niemczech poniedziałek zielonoświątkowy jest dniem wolnym od pracy, do tego w wielu szkołach wtorek też był wolny.

No więc postanowiłam dojechać do Łodzi na raty i miałam nadzieję, że przejadę z 300 km. Droga była fantastyczna, idealna pogoda, a drogi prawie puste, więc pokonałam niemal połowę drogi, ku mojej radości, że w piątek zostanie mi mniej do przejechania… Ok ostatecznie dorzuciłam sobie jeszcze kilka kilometrów odbierając moją towarzyszkę na SeeBloggers z jej rodzinnego domu. Mowa o Kasi z Odkrywając Amerykę (dużo nie brakowało, a jej maltańczyka Leo, który na mój widok wykonał 5 tysięcy okrążeń dookoła salonu, a na drugim końcu ulicy słyszano jego radosne obszczekiwanie mnie, zapakowałbym do auta i porwała do Niemiec, ale nie mówcie jej tego ok 😉 )

Hello Łódź… widok z naszego pokoju hotelowego.
Bardzo mi się podobał nasz pokój w hotelu.

See Bloggers Łódź 2019

Napomknę tylko dla niewtajemniczonych, że See Bloggers to największe wydarzenie w Polsce dla twórców internetowych, blogerów, youtuberów czy instagramerów… no dla każdego kto coś tam w sieci tworzy. Podczas tych 3 dni są prelekcje, warsztaty (np. fotograficzne, na które nota bene trudno się dostać) i ciekawe dyskusje znanych osób z sieci.

Dla mnie to był drugi raz i jechałam już bardzo wyluzowana (w przeciwieństwie do zeszłego roku, gdzie po pierwsze nie wiedziałam czego się spodziewać, po drugie chciałam być wszędzie, wszystko zobaczyć i wszystkiego się nauczyć 😀 😉 ). Tym razem najważniejsze były dla mnie wymiana doświadczeń i rozmowy z innymi twórcami. Oczywiście było kilka prelekcji i warsztatów, na których chciałam być, ale nie miałam już takiego „ciśnienia”. Prawie całą sobotę spędziłam w strefie Instagrama u Joanny Banaszewszkiej (www, Instagram) – ta laska jest fenomenalna, Instagram ma w małym palcu, a do tego jest niesamowicie sympatyczna i serdeczna.

Najważniejsze z drugiego dnia to rozmowa dziewczyn z wnętrzarskimi profilami (Alabasterfox, Marzena Marideko, Deer.home, scraperka) – jak dla mnie najlepsza z wszystkich na scenie głównej. Ciekawa była również dyskusja na temat hejtu, w której udział brały między innymi Hanna Lis i Omenaa Mensah.

Z Marzeną Marideko (która ma jeden z piękniejszych profili wnętrzarskich na Instagramie) przegadałyśmy chyba z dwie godziny…. tematem przewodnim See Bloggers była autentyczność i to jest to co określa Marzenę w 100%. Do tego baaaardzo inspirująca osoba, zarażająca pozytywną energią. A na koniec o mały włos zabrałabym jej torebkę z auta (przez ułamek sekundy byłam przekonana, że to torebka Kasi, bo dlaczego by nie)… połowę drogi do domu przeżywałam niedoszłe konsekwencje… widziałam siebie szukającej Marzeny po całej Warszawie….

Na koniec pierwszego dnia odbyła się Gala Hashtagi Roku oraz koncert Natali Kukulskiej – ale dała czadu!! Na moim Instagramie w wyróżnionych relacjach (SB 2019) możecie podejrzeć jak było.

Patrycja z travelover.pl – koniecznie zajrzyjcie na jej blog i na Instagram – ta kobieta to petarda, a aktualnie podróżuje po Kazachstanie i Kirgistanie – sztos!

Strefa sponsora. Oczywiście wiadomo, takie wydarzenie nie odbędzie się bez zastrzyku gotówki. Muszę przyznać, że w tym roku ta strefa była pełna fajnych miejsc do zdjęć instagramowych. Bardzo się postarali. Ok poczułam się jak totalny dinazaur poraz kolejny i zabawy typu „zrób sobie zdjęcie i wygraj” mnie onieśmielały (że tak to ujmę) i uznałam, że może z 15 lat temu biegałabym od stoiska do stoiska i cykała jedną fotkę za drugą. Chociaż nie powiem, stoisko Nikon’a było ciekawe, bo nie dość że dobry sprzęt (przez 10 lat fotografowaliśmy właśnie Nikonem, aż do zeszłego roku gdy zdecydowaliśmy się wymienić na nowszą technologię, ale padło na inną markę) to jeszcze mieli bardzo ładnie urządzony kącik – no ale fotki ze stoiska jednak nie mam. W sumie szkoda.

Powrót do domu – napój energetyczny lał się strumieniami

Po bardzo intensywnym weekendzie, w niedzielne późne popołudnie wyjechałyśmy z Kasią z Łodzi. Miało nie być za późno, ale nie mogłyśmy opuścić miasta bez zrobienia sobie zdjęć na Piotrkowskiej. Gdy wreszcie wsiadłyśmy w auto i ruszyłyśmy w trasę, wyszła nam prosto przed nos procesja kościelna, pielgrzymka coś w tym kierunku. Długa na sto piętnaście kilometrów i powolna jak żółw z nadbagażem…. już myślałam, że w tym dniu to Łodzi nie opuścimy, że jesteśmy w jakieś pułapce. Żeby ominąć procesje pojechałam w lewo… błąd… ta droga prowadziła tylko z powrotem do punktu wyjścia. No to w prawo i gdzieś tam w lewo i już płakać miałam… że zaklęte te miasto i ja chcę do dzieci… do domu.. do męża też 😉

Ostatecznie udało się wyjechać z miasta. ufff

Jako, że zmęczenie całego tygodnia, tysiąca pierwszych kilometrów, emocji See Bloggers i koncertu Kukulskiej dawały się we znaki, trzeba było się ratować napojem energetycznym z czerwonym byczkiem w logo. No to jeden… i drugi… no to może jeszcze jeden…. Dojechałam pod Berlin i o niczym nie marzyłam jak o łożku i zamknięciu oczu. I jeszcze o toalecie… mąż, który mi spontanicznie zarezerwował hotel, zasugerował, że muszę jednak do 22:00 dojechać, bo potem hotel jest zamknięty na 4 spusty, a recepcjonista idzie w kimono. No to czasu na toaletę już nie było.

Jaka ulga… do hotelu dojechałam o 21:50… ufff w gacie też nie zrobiłam 😉 Generalnie byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, hotel niskobudżetowy, 1*, ale bardzo czysty i przyjemny. W sumie ta jedna gwiazdka to chyba za mikro pokój i prysznic w pokoju obok łóżka, ale generalnie nie było do czego się przyczepić. Zgasiłam światło, położyłam się do łóżka z radością witając sen…. i … scheiße… red byczek zaczął działać. Generalnie miałam na wszystko ochotę poza zaśnięciem, a już najbardziej na skakanie po ścianach i gryzienie ramy łóżka.

Następnego dnia jakby mnie walec przejechał ruszyłam w dalszą drogę. Rozpędziłam się na pustej autostradzie, ze słońcem prosto w oczy, coraz bardziej szczęśliwa, że już mniej niż więcej. I nawet radośnie oślepiło mnie czerwone światło… scheiße to chyba był radar…

Dojechałam do domu zmęczona, szczęśliwa i dlaczego w Łodzi nie ma lotniska ja się pytam!


A tak podsumowując cały weekend to najlepsze było móc porozmawiać z kimś kto „czuje temat”, kto cię rozumie, kto ma te podobne trudności w kwestii blogowania i takie tam wspólne różności. Dziękuję Kasiu za ten nasz weekend, za motywację, mobilizację i wspólne fotografowanie. To był zdecydowanie cenny czas!!

buziaki

Olgietta

PS. Mandat jeszcze nie przyszedł, więc nie wiem jaki był ostateczny koszt całego wyjazdu ;P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close