40 i co dalej... | Wyzwania

#10YearChallenge

11. marca 2019

W internetach szaleje kolejna Challenge.. właściwie emocje już powoli opadają. 10-Year-Challenge, bo oczywiście o tym mowa (i jaki zaskakujący tytuł wpisu 😀 )

Swoją drogą czemu „10 Year” a nie „10 Years”? Ta druga wersja bardziej mi pasuje. No ale wróćmy do meritum. Wyzwanie z 2018 roku, w którym porównujemy własne zdjęcie sprzed 10 lat i jakieś obecne. Robimy sobie mini collage i po lewej stronie umieszczamy te stare zdjęcie, a po prawej nowe. Oczywiście najlepiej, żeby te stare zdjęcie było jak najmniej korzystne, na którym wyglądamy beznadziejnie, a najnowsze zdjęcie pokazuje jak bardzo się zmieniliśmy.. na plus oczywiście. Wypięknieliśmy, może zrzuciliśmy parę kilogramów, mamy lepszą fryzurę, gładszą cerę, no i samo zdjęcie zdecydowanie lepszej jakości. Z tym drugim to akurat nie taki wielki problem, biorąc pod uwagę, że obecnie smartfonem można zrobić całkiem dobre jakościowo zdjęcie. Technika poszła do przodu i to niekoniecznie nasza zasługa 😉 Im większa różnica między nami na fotce sprzed 10 lat i teraz, tym lepszy efekt wow (no i więcej komentarzy pod zdjęciem 😉 ).

Nie byłabym sobą, gdybym nie podjęła tematu, a że mamy już 2019, więc pod lupę wzięłam rok 2009 😀 Nie to, że zaczęłam szukać najbardziej tragicznego zdjęcia mojej osoby z tamtego czasu… ha takie mogę znaleźć nawet sprzed miesiąca 😀 Przeglądałam cały 2009 w archiwum i ogarnął mnie sentyment, bo w tamtym roku wiele się działo. To z kolei zainspirowało mnie do wrzucenia postu 🙂 Zapraszam na mój #10-Year-Challenge


Tytułowe zdjęcie jest oczywiście z 2009 roku, akurat wróciliśmy do hotelu z nart. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy przeglądając zdjęcia z tamtego roku, że dużo mniej się malowałam, moje umiejętności w tym temacie też były na innym poziomie. W zasadzie tylko na jakieś wyjścia nakładałam make up w związku z tym na 80% fotek jestem #nomakeup i #nofilter 😀 😀

haha możemy się pośmiać, zero podkładów, pudrów, za to mega piękny smokey eye 😀 :D, do tego w tle mega #instafriendly tło, pranie, żelazko… i przerwa na fotkę 😀

Mieszkaliśmy w Düsseldorfie w dzielnicy MedienHafen... Bardzo ją lubię do dzisiaj i mam ogromny sentyment, bo to było moje pierwsze miejsce po przeprowadzce do Niemiec w 2007 roku. Jest tu wiele charakterystycznych rzeczy, które wyróżniają tą dzielnicę od innych i na pewno więcej o niej napiszę innym razem, gdy zrobię aktualne zdjęcia. Z jednego z okien naszego mieszkania mieliśmy widok na wieżę telewizyjną.

Düsseldorf, Medien Hafen

Austria

Wracając do nart. W styczniu tamtego roku byłam po raz w austriackich Alpach i zakochałam się w tym miejscu na całego. Pomijając już całą infrastrukturę dla narciarzy, z hotelami, wyciągami, restauracjami i przygotowanym stokami… a nie, jednak tego nie pominę, bo Austria jest bardzo dobrze przygotowana na turystów i miłośników śnieżnych szaleństw. Największe wrażenie zrobił na mnie lodowiec Hintertux. Gdy stoisz na wysokości 3250 m i patrzysz na zaśnieżone szczyty gór to ogarnia Cię takie niesamowite uczucie, które trudno jest opisać. Byłam bardzo szczęśliwa w tym momencie, nie mogłam się nadziwić, jakie to wszystko jest piękne. Można było zapomnieć o wszystkich problemach. A najlepszy był oczywiście zjazd na dół na nartach 😉

Austria, Hintertux

Berlin

Po Austrii natknęłam się na zdjęcia z Berlina. Byliśmy tam wtedy chyba 2 albo 3 razy i zdjęcia z berlińskich imprez lepiej, żeby nie ujrzały światła dziennego. Nigdy. 😀 Oczywiście było bardzo wesoło i z uśmiechem wspominam tamten czas. Natomiast refleksja jest taka, że albo wiek robi swoje, albo fakt, że mam inną odpowiedzialność teraz (rodzina), ale zupełnie nie interesują mnie takie balangi. Do Berlina bardzo chętnie bym się wybrała w każdej chwili.

Z takich najśmieszniejszych berlińskich wspomnień to mam dwa. Pierwszy z nich był wówczas mało śmieszny. Postanowiliśmy wyjść coś zjeść na miasto z całą paczką, na sushi. Ktoś zaproponował więc restauracje z „najlepszym sushi w mieście”. Kolejka była dość długa, więc chyba było dobre… problem pojawił się chwilę później jak już wracaliśmy (autobusem). Przeszliśmy na dworzec i tak szybko jak wtedy szukałam toalety, to chyba jeszcze nigdy na żadnym dworcu. Myślę, że osiągnęłam rekord orientacji w terenie, gdyż nie miałam pojęcia gdzie na tym wielkim dworcu szukać WC. Najlepsze sushi w Berlinie opuściło mój układ trawienny w tempie expresowym.

Berlin

Druga angedota dotyczy materaca. Przed wyjazdem do Berlina postanowiliśmy kupić i zabrać ze sobą materac dmuchany ze względu na deficyty łóżkowe w mieszkaniu naszego przyjaciela. Pojechaliśmy zatem do specjalistycznego sklepu z artykułami campingowymi. Po długich poszukiwaniach najlepszego na świecie egzemplarza oraz dyskusjach ze sprzedawcą, zostaliśmy szczęśliwymi właścicielami welurowego dmuchańca. Wszystko było by idealnie, gdyby nie fakt, że po napompowaniu naszego super łóżeczka okazało się, że jest jednoosobowe!! I weź wyśpij się z prawie dwumetrowym facetem na wąskim materacyku, super wypasionym, welurowym, wysokim na 40 cm…. 😀 😀 Naszego zdziwienia, że coś jest nie tak z tym materacem nie zapomnę chyba do końca moich dni 😀

☆☆☆

Apropos #nomakeup

Włoskie wesele w górskiej wiosce

Pod koniec maja pojechaliśmy do północno-zachodnich Włoch na ślub i wesele mojej bliskiej koleżanki. Uroczystość odbyła się w górskiej wiosce Crissolo, ok 90km od Turynu. Przepiękne miejsce na wysokości ok 1300 m.n.p.m., do którego dojeżdża się krętymi wąskimi ulicami. Wydarzenie wyjątkowe pod wieloma względami. Począwszy od międzynarodowego ślubu: Włoszka, Niemiec, którego mama pochodzi z Izraela, w dodatku połączyły się 3 wiary: katolicka , ewangelicka i ortodoksyjna. Otwartość i przyjazne nastawienie starszego księdza z małej wioski do tej ceremonii było jakże pozytywnie zaskakujące.

Uroczy mały kościół, w tle szum wody.. ten strumień to początek rzeki Po/Pad, która jest najdłuższą rzeką we Włoszech o długości 652km! (samo źródełko Po jest kilka kilometrów od Crissolo), dookoła Alpy i włoskie jedzenie…. o jak ja się tam rozkoszowałam jedzeniem! Na weselu jako starter przed salą częstowano serem Parmezan. Gdy zasiedliśmy do stołu, dostaliśmy pierwszy talerz z mini porcją, a potem następny, z równie małą porcją.. pomyśleliśmy hm ok mało, ale pysznie…a potem następny i następny… i tak wjechało conajmniej 20 różnych dań, ryby, mięso, makarony, warzywa…. wszystko rozpływało się w ustach, a my byliśmy objedzeni do granic możliwości.

Crissolo, Włochy

W zasadzie wesele to było tylko jedzenie i obowiązkowy tort, rzucaniem bukietu kwiatów w tłum panien na wydaniu, nie było tańców, poza jednym pary młodej. Około 17:00 zakończyła się oficjalna część, a wieczorem młodzież była zaproszona w inne miejsce, do baru na imprezę z tańcami do rana i poczęstunkiem bardziej wyskokowym. Stefania, panna młoda, tłumaczyła mi, że we Włoszech starsi goście są zmęczeni po oficjalnej części i chcą już iść do domu i takie rozwiązanie z drugą imprezą, dyskotekową jest typowe.

Zatem po wielkiej uczcie kulinarnej udaliśmy się do naszego pokoju, odpoczęliśmy, przebraliśmy się w luźne stroje i wieczorem pojechaliśmy na szaloną imprezę do wynajętego przez „młodych” baru…. oj było pięknie… uwielbiam międzynarodowe i międzykulturowe imprezy! Polecam. 🙂 😉

☆☆☆

Następnego dnia postanowiliśmy pojechać na południe Włoch, nad morze. Zanim jednak wyruszyliśmy poszliśmy pospacerować w dolinie Po. Crissolo leży w Alpach Kotysjkich, których najwyższym szczytem jest Monte Viso (3841 m.n.p.m) i to właśnie stąd jest punkt wyjściowy na ten szczyt.

Valle Po

Pewna starsza pani miała tu mały stragan z serami, a że my je uwielbiamy, kupiliśmy sobie spory kawałek górskiego specjału w śmiesznej cenie jak na warunki dużego miasta niemieckiego…. historię sera opiszę w drugiej części #10YearChallenge

☆☆☆

Zgłodnieliśmy. Zdecydowaliśmy się zjeść obiad w lokalnej restauracji, gdzie nie brakowało kolejnych wesołych sytuacji.

Usiedliśmy przy stoliku. Podeszła kelnerka i zapytała po włosku co chcemy zjeść, my na to po angielsku i po niemiecku (nawet 5 słówek po włosku znaliśmy) zapytaliśmy się a co mają? Pani na to, że nie rozumie i przyśle kogoś innego… przyszedł ktoś inny, więc dalej próbujemy się dogadać we wszystkich językach. Ostatecznie postawiliśmy na klasyk: spaghetti bolognese. Nowa kelnerka też nie rozumiała niczego poza włoskim, w każdym razie powiedziała: bolognese no no, pasta rosso??„.. żeby nie przedłużać braliśmy w ciemno co dawała: si si pasta rosso molto bene

Za jakąś chwilkę otrzymaliśmy talerze z górą pasta rosso, czyli tzw. spaghetti bolognese w naszym słowniku 😀 bardzo się z tego uśmialiśmy. Delektując się wyśmienitą pastą zauważyliśmy przy stoliku obok klienta. Postawny Włoch zamówił bliżej niezidentyfikowaną potrawę, która wyglądała jak góra ziemniaków z czymś. Niby nic… do momentu, kiedy zaczął śpiewać Ave Maria… tak tak Ave Maria Czy zdażyło Wam się przyjmować potrawy w pięknych okolicznościach włoskich, w towarzystwie śpiewającego do kartofli Włocha? Wrażenia niecodzienne gwarantowane 😀

Prawie się pokładając na stole z przejedzenia chcieliśmy w zasadzie już opuścić lokal, pani kelnerka podeszła i pyta czy starter (przystawka) nam smakował i co na główne danie chcemy? eee che cosa / what? no no my już pękamy w szwach 😀 grazie mile thank you danke umieram na obżarstwo 😀

Do tej restauracji muszę wrócić na bank.


Na tym zakończę pierwszą część wpisu #10YearChallenge… postanowiłam podzielić ją na części, bo się tyle działo 🙂 😉


buziaki


Olgietta

PS Czy nie wyglądam na tym pierwszym zdjęciu jak Martyna Wojciechowska? hm jakoś mi się skojarzyło 😉



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close